• Wpisów:422
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis:7 lata temu, 20:24
  • Licznik odwiedzin:88 443 / 3736 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Minęło naprawdę dużo czasu. Zbyt dużo, aby był sens kontynuować ten blog w takiej formie. W pewnym momencie po prostu się zmęczyłem, znudziłem, zabrakło mi motywacji.

Teraz mam jej znowu trochę więcej, ale ten rozdział na razie jest zamknięty. Może kiedyś to wznowię, nie wiem.

Na razie zapraszam na mojego (naszego) nowego bloga:

www.labiryntzlisci.blogspot.com

Będzie tam inaczej (i o czym innym) niż tutaj, ale jeśli komuś dobrze się czytywało te wszystkie wypociny, tam też powinien znaleźć coś dla siebie. Taką mam przynajmniej nadzieję.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Lois zwykła w swojej pracy, jako że zasuwa w administracji, otrzymywać bony. Bon w wypadku miejsca, gdzie pracuje moja szanowna małżonka to taka skromna nagroda pocieszenia dla ludzi, którzy mając bardzo wysokie kwalifikacje i umiejętności, zdecydowali się „pro publico bono” tyrać za wynagrodzenie żenująco niskie w stosunku do wymagań. Bon to także ceny punkt naszego domowego budżetu, jako że oboje nie zbijamy raczej kokosów, ale to taka osobista dygresja.

Niestety, w tym roku bonów nie będzie. Przywilej ten, jeden z nielicznych które decydują o tym, że posada na państwowym może (z kiepskim rezultatem) w jakikolwiek sposób konkurować z posadą w przedsiębiorstwie prywatnym, został skasowany przez Słońce Peru. A cała sprawa zaczęła się od artykułu w Fakcie, który podniósł, swoim zwyczajem, larum.

Nie widziałem wprawdzie rzeczonego artykułu (jako że Faktu do rąk, w obawie przed grzybicą, nie biorę), ale jestem w stanie sobie wyobrazić, jak mniej więcej wyglądał. Oczywiście duża czcionka, zajmująca większą część strony i zdjęcie, zostawiające na sam tekst ledwie parę szpalt. Tytuł głosił zapewne, oskarżycielskim tonem, coś w stylu „Obijają się za nasze pieniądze”. Albo „Biurwy dostają bony na święta”. Albo „Nic nie robią, ale pieniążki kasują”. Do tego parę krzykliwych haseł w typowo faktowej retoryce żądzy mordu i gotowe.

Stali czytelnicy „Faktu” to na ogół półanalfabeci i imbecyle. Niestety także półanalfabeci i imbecyle mają swoje uczucia. Do szerokiego wachlarza emocji typowego czytelnika „Faktu” należą głównie takie zjawiska jak zawiść, niezadowolenie, frustracja i ogólne wkurwienie na każdego, komu jest trochę lepiej (wyobrażam sobie, że mieszkańcy bloku w „Dniu Świra” Koterskiego, odmawiający wzruszającą wieczorną modlitwę, byli bez wyjątku czytelnikami tego chujstwa). Nic zatem dziwnego, że tłuszcza została silnie podrażniona wizją pracowników biurowych, którzy nie dość, że woleli się w życiu uczyć niż tłuc kamienie, to jeszcze teraz dostają jakieś „bony”. Niedoczekanie!

Jak wiedzą co światlejsi czytelnicy „Faktu”, Bona to była taka kurwa z Włoch, którą przygruchał sobie jeden król. Chodziła, nic jej się nie podobało i nie chciała wpierdalać bigosu z kaszanką. Od tego czasu każdy czytelnik „Faktu” wie, że bony są passe, proletariat mają w dupie i omijają go szerokim łukiem, za to lubią się z yntelygencją, co butem i batem dusi pana Heńka i kolegów, wskutek czego nieszczęśnik zamiast trzech Wojaków Supermocnych na kolację może wypić tylko dwa.

To społeczne święte wzburzenie odbiło się jakimś echem na salonach; choć właściwie to nie tyle było echo, co lekki rezonans po pierdnięciu. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie okazało się, że Słońce Peru bony dla administracji odstrzeliło, gdyż albo lubi się, jako Dobry Wujek Donald, pochylać nad smutkiem głupszej części społeczeństwa, albo prezentuje podobną mentalność.

Jest to jakaś realizacja zasad „sprawiedliwości społecznej” – przedtem urzędnik dostawał coś fajnego, a pan Heniek był notorycznie wkurwiony. Teraz urzędnik już fajnego nie dostaje, a panu Heńkowi zrobiło się lżej na duszy, co nie zmienia faktu, że wkurwiony jest nadal, bo jeśli nie chciwa biurwa, to dręczy go sąsiad, który ma ładną żonę. Wiadomo. Ona to kurwa, a on pewnie na nią kradnie.

  • awatar Lois and Peter: @gość: Ależ taki podział jak najbardziej istnieje - właśnie w samym "Fakcie", jak i w każdym tabloidzie. "Klasizm" znajduje się u podstaw tabloidów, gdyż targetowanie tego rodzaju mediów opiera się na założeniu o podziałach społeczeństwa; później linie tego podziału można zaobserwować w treści artykułów, w ich wymowie. "Fakt" jest skierowany do osób, które mają taki dychotomiczny obraz świata, w którym my - biedni, ciężko tyrający zapieprzamy na NICH, zdemoralizowaną, zepsutą elitę, na jajogłowych, na wykształciuchów, co mają białe, miękkie rączki i w życiu nie skalali się PRAWDZIWĄ pracą. Co więcej - utrwalanie w świadomości czytelników takiego podziału leży jak najbardziej w interesie wydawców tego gówna, bo pozwala im egzystować na rynku. Jeśli ktoś by mnie zapytał, jaki jest najlepszy dowód na to, że Polacy jeszcze nie wyleczyli się z zarazy marksizmu po latach komuny, wskazałbym właśnie na błyskawiczny suksces "Faktu" i "SE".
  • awatar Gość: Wszystko OK i w samo sedno, oprócz niepotrzebnego wtrętu o proletariacie i inteligencji, bo to dalekie od prawdy (nie wierzę w jakąkolwiek refleksję społeczną, choćby nawet na tak niskim poziomie u fucktowego czytelnictwa), a i nieprzyjemnie woni klasizmem. Co do Faktu, polecenia warty jest ten blog: http://fakt.brukowiec-story.com/
  • awatar Anukett: Hej! A ja bony dostałam,chyba ktoś tam u Twojej zony za bardzo się przejął,przykro mi
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
No i stało się - po długich bojach dołączyliśmy do wesołej rzeszy ludzi z (prawie) własnym EM i trzydziestoletnim garbem kredytu. Oczywiście zamierzamy się garba pozbyć możliwie szybko - nie chcę swojej pięknej małżonki szpecić ową przypadłością, jak i sam również nie jestem entuzjastą noszenia jakiegokolwiek ciężaru dłużej niż jest to absolutnie konieczne.

Lois zasłyszała gdzieś opinię, że stres przy załatwianiu spraw związanych z kredytem jest porównywalny ze stresem przy rozwodzie. Jeśli tak jest rzeczywiście, to Kościół Katolicki powinien założyć własne biuro doradztwa kredytowego - być może trwałość małżeństw na świecie gwałtownie by wzrosła.

Wprawdzie nie osiwiałem i mój kudłaty łeb dalej jest taki czarny jak był, ale i tak nie mam wątpliwości, że ostatnie miesiące odejmą w przyszłości ZUS-owi wiele wydatków.
  • awatar Lois and Peter: Zaczęliśmy już starania nad wypracowaniem pewnego kompromisu;)
  • awatar panmuchomor: Cieszę się, że udało Wam się załatwić tę sprawę. Nurtuje mnie pytanie - kto będzie odpowiedzialny za wystrój wnętrza ? :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kurwa mać, nigdy więcej takich dni jak ten.

Wszystko zamiast grać - ciągle się komplikuje, zupełnie bezsensownie i bezprzyczynowo. Zamiast iść gładko - idzie jak po grudzie. Zresztą, w takie dni gładko płynie tylko sraczka.

Komputery się psują, tramwaje uciekają, tłumy obezwładniają, deszcz przemacza, cenne rzeczy spadają na ziemię, banki robią pod górę, nieudolni ludzie opóźniają pewne sprawy, a i rodzina trosk nie ujmuje z jebanego garba. Wszystko, co mogło dziś pójść nie tak, poszło nie tak. Nic tylko wziąć dubeltówkę i pierdolnąć sobie w łeb, albo chociaż się zalać w trupa.

Prawa Murphy'ego w działaniu i to hurtem, kurwa ich mać.

Tym soczystym zamknięciem klamry pozwolę sobie zakończyć.
  • awatar Ivi: Myślę, że poniedziałki mają to do siebie, że lubią wszystko spieprzyć.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Na K.O Festival w Krakowie coverem Astronomy Domine Voivod zakończył swój występ i było to zakończenie godne mistrzów. Dla przypomnienia - lekcja nt. tego, jak się nagrywa cudze kawałki:


Cover King Crimson na "Phobos" też zresztą zrobili rewelacyjnie:
 

 
Zasłyszane:

Jak w pięć sekund zasiać nienawiść pomiędzy dwoma przyjaciółkami?

Wybrać na oko tę starszą i powiedzieć do niej (w obecności drugiej) "ale piękną ma pani córkę".

Jak myślicie, podziała?
  • awatar Anukett: @pe_jak_pani_p: No raczej tak by właśnie było, więc nie radzę eksperymentów;)lepiej powiedzieć że jedna interesuje się facetem tej drugiej, tu efekt murowany:)))
  • awatar Gość: zależy od ich wieku. Jeśli są koło czterdziestki, może zadziałać- ale raczej wkurzą się na Ciebie, niż na siebie nawzajem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jeżeli kiedyś przestanę słuchać metalu, to właśnie przez takie incydenty:

http://muzyka.interia.pl/wiadomosci/metal/news/norwescy-metalowcy-na-eurowizje,1405941,47

Rozumiem, że Norwegia to kraj specyficzny i tam nawet puszczenie z dymem kościoła tudzież zadźganie kogoś nożem nie dyskwalifikuje w wyścigu o popularność. Rozumiem, że najbardziej znani metalowcy rzeczywiście pojawiają się w mediach dzięki popularności swoich piosenek, a nie dzięki rozdmuchanym relacjom z innymi celebrytami, ale bez kurde przesady.

Pomysł, żeby pchać się z metalem na Eurowizję jest tak głupi i żalowy, że brakuje słów. Nie żebym był jakimś ortodoksem, który maluje sobie corpsepaint na ryju przy słuchaniu co mroczniejszych piosenek, śpi w trumnie, pije krew w blasku świec zrobionych z kociego tłuszczu i pisze odręcznie tylko gotykiem lub runami, ale mimo wszystko, czuję jakiś niesmak. Keep of Kalessin to oczywiście nie jest Mayhem czy jakaś ideologiczna ekstrema, ale taki chłoptasiowaty band z wyfotoszopowanymi sesjami zdjęciowymi do magazynów młodzieżowych, klipami za dużą kasę i plastikowym brzmieniem, tylko że nawet mimo powyższego podpiswanie swojego grania jako "black" do czegoś zobowiązuje i zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego.

W metalu zawsze było jakieś takie dziwne pęknięcie - z jednej strony tona pretensji do przypisywania sobie dziedzictwa muzyki klasycznej (serio, są tacy dziwni ludzie), koturnowość i ukryta gdzieś chęć do napierdalania rzewnych ballad przy blasku zapalniczek tysięcy fanów, a z drugiej - wiadomo. Obskurność, nienawiść, nihilizm, las, piwnica i generalnie zuo. Póki połówki tego pęknięcia jakoś koegzystowały obok siebie bez wchodzenia sobie w drogę, dało się jakoś przeżyć - każdy miał dla siebie coś wedle swoich potrzeb. Aspektem, który jakoś ratował tę muzykę, tzn. ratował jej wiarygodność jako środka wyrazu czegoś autentycznego, było programowe postawienie się ogółowi.

Niezależnie od tego, czy to postawienie się "powyżej" było motywowane śmieszną pretensją do wagnerowskiego tronu, nienawiścią do świata, religii, metal był domeną szczerej ekspresji. Być może jej efektami były śmieszne wykwity słowno - muzycznej grafomanii albo niesłuchalny jazgot tanich gitar na fuzzach zrobionych z radia Unitra, ale przynajmniej wiązało się to z czymś pierwotnie autentycznym.

Nie wiem, czym kierowali się członkowie Keep Of Kalessin - być może jakąś dziwną logiką, wedle której miejsce mrocznej muzyki jest w samym jądrze ciemności, choć należy brać tutaj poprawkę na fakt, że ta ciemność tyczy się raczej bezdenych otchłani żenady, o której co roku piszą różni światli ludzie w kontekście coraz bardziej kuriozalnych wytworów pseudomuzycznych i przewidywalnych głosowań - plebiscytowych manifestacji wzajemnego włażenia sobie w dupę przez bratnie narody.

Metal może być intelektualnie miałki, może być pretensjonalny i prymitywny, może też być niezamierzenie śmieszny, ale nie może być kolejną szufladką z której wyskakuje ładnie przystrojona małpka machająca widzowi łapką i ogonem, aby ten mógł wysłać sms w programie TV w którym wszystko jest tak piękne i wspaniałe, że zbiera się na rzyganie. Nie może być, bo wówczas stanie się po prostu kiepską muzyką i niczym więcej.

Być może w desperackim akcie KoK jest jakaś przewrotność; taka sama, jaką wymawia się od swoich celebryckich wybryków pan Darski - żeby robić rewolucję na salonach; żeby siać, siać i siać, ale specjalnie w to nie wierzę.

Zresztą, co tam moje próżne pierdolenie. Opisałem się jak głupi, ciskając gromy nie wiadomo po co, bo kto z w miarę zdrowym rozsądkiem przejmowałby się newsem o metalowcach, których nazwa kojarzy się z kalesonami? No przecież zdrowia szkoda, o ja głupi.
  • awatar Lois and Peter: To by bardzo pasowało do konwencji Eurowizji;] W ogóle, to ta nazwa została jakoś zaczerpnięta z cyklu o Ziemiomorzu Le Guin i to jest kolejny gwódź do trumny tego boysbandu, bo co to za black metalowy zespół, który nie bierze nazwy z Tolkiena, he?
  • awatar panmuchomor: A jak się tłumaczy nazwę tego zespołu? "Ściągaj Kalesony"?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Czym zajmują się lekko znudzeni pracownicy biurowi słuchający metalu i lubiący horrory?

Bawią się programami graficznymi.
 

 
Wrzucałem już tutaj różne długaśne kawałki, ale wydaje mi się, że dzisiaj padnie rekord. Proszę Państwa, dzisiejszy przebój, dzisiejsza piosenka trwa trochę ponad godzinę. Jeden godzinny kawałek, więc niecierpliwi fani muzyki różnej lub ci przyzwyczajeni do easy listening w czasie 3:30 niech ominą tego posta.

Prezentowany numer to "Thaumogenesis" kanadyjskiego duetu Nadja, o którym już kiedyś wspominałem. "Thaumogenesis" to chyba największy kolos, jaki Aidan Baker skomponował, ale i też jeden z najlepszych, bo choć trwa godzinę, to ta godzina mija nie wiadomo kiedy.

Być może robię nieładnie, wrzucając zawartość całej płyty (co poradzić na to, że Kanadyjczycy nagrali to jako jeden track?), ale jakimś usprawiedliwieniem jest fakt, że całość wyszła, jak wiekszość płyt Nadja, w bardzo limitowanym nakładzie. Pierwsze tłoczenie - 400 sztuk, drugie - 500. Nie wiem, czy była jeszcze jakaś inna edycja. Mi akurat udało się dorwać egzemplarz z drugiej serii i jest to największy biały kruk jaki mam na półce z płytami.

"Thaumogenesis" to esencja stylu Nadja - czyli niewiarygodnie potężne, wielowarstwowe brzmienie, w którym przenikają się przetworzone na milion sposobów gitary i illbientowe tła; dźwiękowa, pełznąca w ślimaczym tempie magma, z której wyłaniają się naprawdę piękne, eteryczne melodie pełne łagodności i dość melancholijnego spokoju.

Efekt tego kontrastu jest, że tak górnolotnie powiem, emocjonalnie niszczący. Jeśli przetrwacie całość, zwróćcie uwagę na fragment pomiędzy 31 a 36 minutą. Powieje trochę patosem, ale dla wielu osób, które słuchały tego utworu ten krótki fragment zawiera muzykę kompletną, która musi człowieka pozostawić w zupełnym osłupieniu, zgrozie i zachwycie. I ja się z tym zgadzam.

Co jeszcze? Za produkcję odpowiadał, obok Bakera, James Plotkin, czyli człowiek - instytucja w świecie eksperymentalnego metalu, zaś piekną oprawę graficzną wykonał Seldon Hunt.
 

 
Kiedy budzik serwał nas dziś rano, ciężko było mi uwierzyć, podobnie jak i mojej małżonce, że słowo "rano" jest adekwatne do sytuacji, w której się znaleźliśmy, wyrwani z ciepłych objęć kołder i poduszek.

Księżyc nadal bił po oczach, wokół było ciemno i choć już niebo zdążyło złapać lekko granatowy odcień, to gdyby nie zegarek, nikt by mi nie wmówił, że to nie środek nocy.

To są w istocie straszne poranki, których lepiej nie doświadczać. Mają w sobie coś z przedłużenia koszmarnego snu, który być może się nie śnił, ale który z całą pewnością zaczyna się już w momencie postawienia nóg na podłodze. Wygląda się przez okno i jedyne, co można zobaczyć, to otoczona obwódką tarcza księżyca, sterylnie puste niebo, kanciaste kształty bloków, które rozciągają się w nieskończoność na kolejnych planach i strzępiaste fraktale drzew, wyrastające ze zmrożonego, na wpół wyłysiałego trawnika. Do tego parę drucianych ogrodzeń i parkingi, na których spoczywają bryły pojazdów - równie absurdalnie topornych jak cała reszta otoczenia.

Ta toporność sprawia, że w takie poranki świat ma w sobie coś z lokacji w jakiejś starej grze komputerowej - wydaje się, że gdyby osobiście wnikąć w tę kanciastość i zimne tekstury, gdyby wejść pomiędzy te dekoracje, stanełoby się naprzeciw jakiejś dziwnej, wielkiej pustki, która zaczyna się w miejscach ukrytych za załomami budynków, na końcu gwałtownie skręcających korytarzy, za ścianami - czyli wszędzie tam, gdzie dekoracje nie są potrzebne. Oklepany Matrix to przy tym sielanka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
The Great Deceiver nigdy nawet nie zaliczał się do top 30 moich ulubionych bandów, a z ich płyt słuchałem częściej chyba tylko "Terra Incognito". To taki zespół, który równie dobrze mógłby nie istnieć - jest 627465 bandów, które robią to samo i jedyne, czym się TGD wyróżnia, to udział "Tompy" Lindberga w roli wokalisty. Ja tam fanem At The Gates nie jestem, więc się na udział rudego nie obsrywam z radości, ale niektórym zrobi się pewnie cieplej na serduchu.

Pomimo tej doskonałej przeciętności, czasami, zapewne jakimś przypadkiem, The Great Deceiver wpadnie mi na playlistę i wówczas myślę sobie, że może to i nic wielkiego, ale całkiem fajnie się słucha, bo i mocne, i w ucho nawet wpada.


Klip do "Lake Of Sulphur" pochodzi właśnie ze starej "Terra Incognito". Teledysk jest w sumie biedny - ot, jakiś gość biegnie po pustyni, zespół gra przy trzęsącej się kamerze, a Tompa robi groźne miny. Byłoby słabo, ale od czego mamy inne okienka w przeglądarce, gdzie możemy oglądać ładniejsze rzeczy, sluchając dzisiejszego hitu?

 

 
Przyjęło się jakoś uważać w naszym społeczeństwie, że bezwzględna szczerość jest jakąś wielką cnotą zasługującą na szacunek. "Ja to walę prosto z mostu", "Mówię, jak jest", "Nie zwykłem owijać w bawełnę", "Ja to szczery jestem" - te i inne wyznania urastają w oczach wypowiadających je osób do rangi jakiejś samonobilitacji.

Co ciekawe, tego typu deklaracje składają zazwyczaj ludzie, którzy przed chwilą popisali się jakimś brutalnym komentarzem, wbijając bliźniego w gnój lub odzierając niewinnego człowieka z resztek nadziei lub złudzeń w jakiejś tam kwestii. Albo nawet nie tak skrajnie; być może chodzi o jakąś błahostkę, którą można przecież było zakomunikować w neutralny sposób, tylko po co, skoro można komuś bezpiecznie dojebać.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko jadowitym komentarzom. Byłbym hipokrytą gdybym wyrażał tu jakieś święte oburzenie, albowiem sam od takowych złośliwostek nie stronię i czasami lubię sobie wylać wiadro pomyj, jak choćby w poście poniżej. Czynię to jednak w sytuacjach poniekąd usprawiedliwionych wagą tematu i emocjonalnym poruszeniem, zaś złośliwość nieco rozmywa się poprzez ukierunkowanie jej jeśli nie na jakąś anonimową zbiorowość stwarzającą dany problem, to na sam problem. Może nie zawsze mi wychodzi, ale przynajmniej z poniewierania ludźmi nie uczyniłem sobie religii.

W bezpośrednich kontaktach z ludźmi staram się zachowywać z taktem i umiarem w głoszeniu własnych sądów. W Internecie mogę sobie pobluzgać i się popastwić, bo nikogo nie zmuszam do czytania moich wypocin. W kontakcie w cztery oczy odbiorca komunikatu tego komfortu kliknięcia w krzyżyk na górze przeglądarki już nie ma i choćby dlatego wypada zachować minimum szacunku i pokusić się o choćby śladową empatię.

Bez tego szczerość, tak czczona w naszym obłudnym narodzie, zmienia się w wyjątkowo cyniczną formę sadyzmu, albowiem pozwala wrzucić kogoś w otchłanie gnojówki i upokorzenia, odebrać mu prawo do obrony; a wszystko to z poczuciem moralnej wyższości.

To także sprytny manewr obronny: nie dość, że nie wychodzisz na skurwysyna lub wredną pizdę, to jeszcze masz szansę awansować do rangi autorytetu, może nawet jakiejś małej wyroczni i ostatniej ostoi sprawiedliwości. To w końcu nie ty przemawiasz, to Prawda mówi twymi ustami. Nie ważne, czy Arystotelesowska czy Tischnerowska; po prostu prawda - jedna i jedyna, kryształowa i ciężka wagą swego znaczenia.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to trochę obrzydliwe.
  • awatar Scarlett O'Hara: ja zawsze byłam dumna,ze jestem szczera. Szczerość jednak ma różne oblicza.Nigdy nikogo swoją szczerością nie obrażałam,a przynajmniej starałam się. Nie używałam jej po to,by kogoś zgnoić,a po to by żyć w zgodzie z sobą samą...
  • awatar Marlene Gabrielle: Tak w naszym spoleczenstwie bywa, ze jestesmy szczerzy do bolu, wolimy dojeb.. niz powiedziec prawde w delikatny sposob. Taka "prawda do bolu" ma tez swoje dobre strony, bo potrafimy otworzyc komus oczy, ale tylko szczera prawda, nie ta zlosliwa, zaklamana. Czasami lepiej nie mowic tej "prawdy", bo moze okazac sie ze tylko nam sie wydaje ze to jet sluszne co uwazamy. Trzeba miec otwarty umysl i widziec wiecej niz sie zdaje. W naszym spoleczenstwie bardzo nie modnie jest mowic, ze sie jest szczesliwym, bo wkolo wszyscy narzekajacy i nie zadowoleni. uff... czasem jest ciezko, kiedy ty z uprzejmym usmiechem traktujesz wszystkich dookola a kazdy sle zlowrogie miny.uff...i te panie ekspedientki, ale czego wymagac, za nedzne pieniadze robia jak woly.
  • awatar Lois and Peter: Trójpodział księdza profesora oczywiście jest jak najbardziej adekwatny do naszych czasów, szczególnie trzecia jego część. o się tyczy szczególnie osób żyjących wedle założenia, że "tylko prawda nas wyzwoli".
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jakiś czas (trochę ponad miesiąc) temu wybraliśmy się z Lois w góry. Nie jestem specjalnym entuzjastą turystyki górskiej; uważam ją, jako człek płytki, za co najwyżej wyrafinowaną formę masochizmu. Człowiek się poci, ubranie brudzi, nogi bolą, a później śmierdzą, w schroniskach zimno, a piwo drogie i na ogół kiepskie. Czasami trafi się jeszcze w schronisku na harcerzy albo pijących studentów śpiewających rzewne pieśni o bieszczadzkich aniołach; nie wiadomo, co gorsze.

Oczywiście, wszelkie te moje narzekania nie wynikają z faktu, że turystyka górska jest passe, tylko z faktu, że jestem upierdliwym malkontentem, w związku z czym powyższego wstępu proszę sobie nie brać do serca i traktować go poważnie. Poważnie proszę traktować to, co poniżej.

Turystyka górska, pomimo wszelkich swoich uciążliwości, pozwala zakosztować człowiekowi mitycznego stanu, jaki był w pewnym sensie udziałem Pierwszych Rodziców - nieobecności innych ludzi w otoczeniu widoków być może surowej, ale zawsze pięknej przyrody. Jest to bezprzecznie chwila warta poniesionego wysiłku; ona człowieka uszlachetnia i oczyszcza jego duszę, że tak bardzo górnolotnie się wyrażę, z toksyn codziennego życia w miastach, blokach i biurach koncentracyjnych.

Niestety, każda złota epoka jakoś mija; epoka turystyki górskiej z ludzką twarzą również. Rzym miał swoich barbarzyńców, Konstantynopol miał swoich Turków, Gondor miał orków, a góry mają quadziarzy i motocyklistów.

Quadziarz to stworzenie specyficzne. Możnaby pokusić się o jakiś portret społeczny ludzi, którzy wpierdalając się na czterokołowce postanawiają siać popłoch wśród turystów pieszych i zwierzyny leśnej oraz rozjeżdżać mrowiska i kępy mchu, jednakże grup, z których quadziarze się wywodzą, jest całe mnóstwo.

Znudzone chuje z klasy średniej, prości fascynaci motoryzacji, trochę bardziej kasiaści studenci - do wyboru, do koloru.

Quadziarz uważa się za pana sytuacji, której jedyną obowiązującą regułą jest regula własnego zadowolenia. Idziesz sobie spokojnie, podziwiając odwieczny las, potężny gęstwą wiekowych drzew; chłoniesz powietrze pachnące mchem i liśćmi, zachwycasz się ciszą, czasami kontrapunktowaną śpiewem ptaków lub odgłosami zwierząt; słowem: cieszysz się jakąś pierwotną harmonią, a tu nagle, ni z tego ni z owego, zza pobliskiej górki wypierdala się stado debili na quadach, którzy nie patrzą na to, że stoisz na ścieżce PIESZEGO szlaku, że kilka metrów dalej widnieje wołami wypisany zakaz głośnego zachowania i płoszenia zwierzyny, że wąska dróżka zroszona opadami zmieni się w bagno po przejeździe hordy. Co z tego, liczy się adrenalina i jakieś takie dziwne poczucie własnej zajebistości, które bierze się z chuj wie czego.

Jedną z podstawowych zasad zachowania, jakie mi wpojono jest to, aby nie epatować nikogo swoim samozadowoleniem i żeby nie zażywać tego zadowolenia kosztem niezadowolenia innych. Powiedzcie to quadziarzom i motocyklistom, którzy z rozmachem godnym pseudosarmackich szlachciur zatrzymują się na popas w schroniskach, by wpierdalać wódę, drzeć ryje do późnych godzin nocnych, trzaskać drzwiami i zasmradzać powietrze odorem przetrawionego alkoholu, by na następny dzień, na lekkiej bańce lub potężnym kacu, popierdalać pełnym gazem po górach i dolinach na swoich mechanicznych zabawkach, ku przerażeniu wszystkiego, co żywe.

Nie chce mi się bawić w jakieś dramatyczne apele - zdaję sobie sprawę, że przeciętny quadziar lub inny zmotoryzowany kindybał, przeczytawszy te słowa, parsknie śmiechem i z poczuciem wyższości wzruszy ramionami. Dlatego zakończę w krótkich, żołnierskich słowach:

Quadziarze i motocykliści jeżdżący po górach: pierdolcie się i banan wam wszystkim w rury wydechowe. Życzę wam żyłek i strun rozciągniętych pomiędzy drzewami i żeby was niedźwiedzie w siury pogryzły, o!
 

 
Jakiś czas temu niemałego szumu w Internecie narobił niejaki pan Rafał Wolski ze swoim hardkorowym portalem elita-polski.pl. Szczęśliwie projekt ów zakończył swój żywot sromotną klęską, udowadniając tym samym, że nawet buce i piździelce w tym kraju mają odrobinę rozsądku. Istnienie buców i piździelców nie jest oczywiście niczym fajnym, ale miło, że i oni trzymają jakiś tam poziom i AŻ takiego gówna nie tykają.

Dlaczego wspominam o tej zamierzchłej sprawie? Już odpowiadam. Otóż, jak donoszą serwisy plotkarskie i inne strony poświęcone medialnej kloace, "misyjna" TVP planuje produkcję show "dzieciaki górą VIP", którego formuła ma polegać na konfrontacji dzieci polskich celebrytów z dziećmi tych, którzy nie mają aż takiego ciśnienia na lans (oczywiście z zastrzeżeniem, że do tego typu programów wysyłane są dzieci wyjątkowo zakompleksionych ludzi). Program ma wykazać, że dzieci VIP-ów niczym się nie różnią od dzieci "zwykłych obywateli". Łał, kurwa, piękne.

Pomysł ten jest tak zajebiście kuriozalny, że nie wiadomo, od jakiej strony go ugryźć. Przypomina mi w jakimś sensie właśnie ową niesławną elitę.pe-el, gdyż u samej swojej podstawy zakłada jakiś tam podział. Gdyby formuła tego progamu opierała się na konfrontacjach pomiędzy na przykład dziećmi romskimi a polskimi, dziećmi muzułmanów a dziećmi katolickimi, zaraz podniosłoby się straszne larum - że zakamuflowany rasizm, że ksenofobia i w ogóle.

Tymczasem jakiś geniusz uznał, że fakt, iż jakiś bachor wyłonił się z macicy Kingi Rusin czy Kayah a nie Zdzisławy Pierdzimąki jest dostatecznym powodem, by jakiś anonimowy Polak interesował się ichnim zderzeniem ze światem potomstwa mas, ku uciesze których rodzice tych młodych prawie -bohaterów handlują swoją prywatnością, czując jednocześnie nieodparte poczucie wyższości wobec tych, dla których się tak opłacalnie kurwią.

Żeby popatrzył sobie Polak na najszczęśliwszego plemnika Tomasza Lisa i mógł przekonać się, że nie taki diabeł straszny i dzieciak mówi po polsku, uśmiecha się, a w domyśle robi kupę jak wszyscy i żeby czuć się od tego trochę lepiej.

Rzecz jasna, nie mam wątpliwości, że Polacy ten show kupią. Polacy, czy też gneralnie ludzie na ogół cierpią poważnie na deficyt własnego życia i niedobór własnej wartości i tego typu lizanie cukierków hajlajfu przez papierek telewizyjnego ekranu jakoś im tę żałość wynagradza. Zresztą, co ja będę powtarzał po innych, mądrzejszych. Wkurwiam się tylko bezsensownie i wątek tracę.
  • awatar Anukett: @Lois and Peter: no płakali ostatnio że pieniędzy na swoją misję nie mają;)i otwarcie przyznali że teraz to już sama chała będzie
  • awatar Lois and Peter: Misję zrobienia ludziom sraczki z mózgu na pewno...
  • awatar Anukett: no że ktoś coś takiego wymyślił?????? czy to ta telewizja co to podobno ma misję do spełnienia????
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 
Pod koniec wieczornej mszy w kościele na warszawskim Kole miała miejsce sytuacja niecodzienna. Niecodzienna to może trochę zbyt mocne słowo, biorąc pod uwagę bohaterów tej historii, ale dla mnie z pewnością nietypowa.

Otóż, pod sam koniec mszy do kościoła wtargnęła ekipa dresów, którzy ewidentnie kogoś szukali. Po chwili zaczęli się z kimś napierdalać. Rozumiecie. W kościele, po mszy. Może ktoś powie, że to dobrze, że zaczekali do końca, ale nie bądźmy już drobiazgowi.

Nie jestem najlepszym katolikiem na świecie; prawdę mówiąc, biorąc pod uwagę moją całą życiową postawę, jestem katolikiem kiepskim i w dodatku specjalnie mi to nie przeszkadza. Ot, mieszczę się raczej w tzw. polskiej średniej - gdzieś pomiędzy szacunkiem dla chrześcijańskiej tradycji, ogólnym, ale w pewnych wypadkach mocno wybiórczym kierowaniem się chrześcijańskimi wartościami, lekkim antyklerykalizmem, stosunkowo płytą wiedzą teologiczną i tak dalej. Zapominam odmawiać poranne i wieczorne modliwty, ale mszy staram się nie opuszczać; nie wiem, czy z rzeczywistej potrzeby, czy z przyzwyczajenia.

Pomimo tego, że kwalifikuję się do tej grupy, której Jezus w sumie najbardziej wygrażał piąchą, okładanie bliźniego (choćby i nielubianego) sztachetą w kościele wydaje mi się już totalnym przegięciem. No chociażby pod kancelarią, pod tablicą ogłoszeń, ale w Kościele? Przy ludziach, przy obrazkach świętych? No bez przesady.

Do dziś pamiętam, jak w dzień śmierci Papieża Jana Pawła 2, około godziny 21:50 jeden z osiedlowych dresów, znany z bicia szkolnych dzieci i zabierania im złotówek na kanapki, z niekłamanym przejęciem, zachrypłym od płaczu głosem, dawał, siedząc na podblokowej ławce, wyraz swej rozpaczy z powodu utraty Najwyższego Duchowego Autorytetu. "Panie Boże, ja pierdolę, dlaczego papież mój kochany, kurwa mać?! Tylko nie papież, ja pierdolę, tylko nie on. Czemu go kurwa zabrałeś, taki dobry był, no kurwa..."

W tej chwili zastanawiam się, czy bohaterowie dzisiejszego wieczoru, wywodzący się z środowiska które lubi podkreślać swoje przywiązanie do tradycyjnych wartości (w praktyce oznacza to "napierdalanie pedałów i żydów" oraz wstawianie obrazków z JP2 na naszą-klasę) stanowią jakiś mało chlubny wyjątek w całości ogółu, czy też od czasu gdy JP2 odszedł do, miejmy nadzieję, lepszego świata, nastąpił kolejny etap degrengolady.

Osiedlowe bójki, rozboje i pobicia są nieodłączym elementem kultury wielkich miast; to zresztą naturalna ekspresja ludzi pierwotnych. Jednakże obszary sacrum dotąd stanowiły jakąś enklawę, przynamniej jeśli idzie o działania publiczne. Może nie dla rasowej gangsterki, ale dla osiedlowych kozaków jak najbardziej. Niezależnie od tego, co się sądzi o Kościele, takie epizody są po prostu bardzo przykre.

I pomyśleć, że kiedyś to nawet killerzy i zatwardziali recydywiści mieli jakiś szacunek do instytucji wiary:
  • awatar Lois and Peter: Owszem, jest to duże ryzyko i chyba każdy zna kogoś, kto w sumie z błahego powodu dostał wpierdol od mundurowych. Inną sprawą jest to, czy policja napierdala niepomagalnych bezdomnych, którzy wracają w jedno miejsce, ludzi po manifestacji, czy złapanego akurat złodzieja samochodów albo dresa, który z kijem od łopaty wtargnął między emerytów i matki z dziećmi, żeby jebnąć ściganemu przez siebie delikwentowi. Funkcjonariusze to na ogół tepe chuje z którymi nie pogadasz, ale kiedy akurat napierdalają dresiarzy zwinietych z miejsca akcji z bejsbolem i nożem kuchennym, to po prostu, tak zwyczajnie po ludzku, odbieram to jako jakąś prymitywną, ale jednak krzepiącą realizację sprawiedliwości;)
  • awatar panmuchomor: @Lois and Peter: Nie ma się co cieszyć z tego, ze policja kogoś napierdala bo nietrudno znaleźć się w takim położeniu.
  • awatar Anukett: @Lois and Peter: teraz wszystko można udokumentować , wystarczy komórka, a nie lubią bo kogoś muszą, a jak im ktoś auto buchnie to wołają policja!;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Mastodon jako wykonawca przeboju dnia był całkiem niedawno, co nie zmienia faktu, że to wielki zespół i jako taki mógłby dostarczać przebojów dnia na ów skromny blog codziennie.

Dziś męczy mnie szczególnie tytułowy kawałek z ostatniej płyty, czyli "Crack the Skye'. Gościnnie wydarł się w nim Scott Kelly z Neurosis. Poza tym - Mastodon w całym swoim geniuszu.


A skoro już wspomniałem o Neurosis, to proszę bardzo:

Miłego walcowania.
 

 
Kiedy dwa lata temu wskutek wypadku samochodowego zginał Witek Kiełtyka, perkusista Decapitated, a wokalista Adrian Kowanek odniósł bardzo poważne obrażenia, wydawało się, że nabierająca rozpędu kariera zespołu, który z solidnego death metalowego bandu przeistoczył się, za sprawą "Organic Hallucinosis" w ekstraklasowego rozpierdalatora, załamie się nieodwołalnie.

Szczęśliwie, Vogg pozbierał się na tyle, żeby po śmierci brata kontynuować działalność Deca. Niedawno zaanonsowano nowy skład, który zacznie koncerty. O płycie póki co cicho, ale trzeba mieć nadzieję, że i na tym polu wszystko wróci na jako tako właściwe tory. Jako metalowska biurwa trzyam kciuki.

Jako przebój na dziś posłuży "Da69" z ostatniej płyty. Klip nie wybiegający poza standardy lekko kiczowatego metalowego widowiska z skromnym budżetem, ale sam kawałek to totalny rozkurw, zagrany z fantazją i polotem.
 

 
A to z kolei wydmy. Ładnie i pustynnie. Jednyny wkurwiający element to turyści rodacy robiący sobie rodzinne pikniki daleko poza barierkami wyznaczającymi obszar rezerwatu. Nie jest to jeszcze takie stężenie buractwa jak u quadziarzy (co mogę obiecać, to to, że za kilka postów pojadę sobie po quadziarzach, motocyklistach i wszelkich zmotoryzowanych kindybałach ganiających po lasach, więc spragnieni krwi niech wyczekują z niecierpliwością), ale i tak dostatecznie irytujące.
 

 
Zacząłem cykl na temat Łeby i jakoś go tak nagle - wskutek róznych okoliczności - przerwałem. Żeby nie wychodzić na faceta, który kończy byle jak, zamierzam uraczyć was (tych, których to interesuje) finalną porcją ładnych krajobrazów. Zdjęcia nie przedstawiają szczególnych detali, ale dość dobrze oddają atmosferę nasłonecznionej, nieco melancholijnej pustki, do której trudno nie tęsknić.
 

 
Jako propagator sprawy Ligottiańskiej informuję, że w listopadowym numerze "Nowej Fantastyki" opublikowane zostało jedno z najbardziej znanych opowiadań Ligottiego, czyli "Nethescurial" w przekładzie Pauliny Braiter.

"Nethescurial" jest ciekawym pastiszem Lovecrafta, opowiadającym o wyznawcach pewnego bóstwa, którzy odkryli, że ich demiurg jest istotą złą. Ligotti formułę HPL oczyścił z pretensjonalnych prób szokowania "rzeczami tak strasznymi, plugawymi i bluźnierczymi, że aż nie da się opisać tego w żadnym ludzkim języku", przenosząc ciężar narracji na rozważania o świecie jako wytworze i polu działań sił złych w samej swojej istocie.

"Nethescurial" jest także nieco prześmiewczym odniesieniem się do literatury grozy wykorzystującej chwyt "tajemniczego manuskryptu". Opowieść rozgrywa się dzięki temu na dwóch poziomach - historii zawartej w owym manuskrypcie i historii badacza, który analizując go "szkiełkiem i okiem" wytyka jego nieścisłości, uproszczenia i błędy logiczne, by ostatcznie przekonać się, że jego racjonalizm wcale nie oddziela go od złowrogich prawd i ich oddziaływań, opisanych w tekście.
  • awatar Anukett: o mamusiu! jak ja dawno fantastyki nie czytałam, tzn gazety, bo ostatnio odkopałam moje książki z ogólniaka i właśnie czytam Bułyczowa:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nie wnikając w szczegóły.

Jeżeli jest coś, za co złodziei nienawidzę bardziej niż za kradzieże, które poabzwiają nas dóbr i narzędzi, na które w pocie czoła pracowaliśmy (żeby była jasność: nie mówię o emerytach, którzy czasami zwędzą bułkę ze sklepu), to za to, że ich działania budzą we mnie różne złe instynkty, których wstydzę się sam przed sobą.

Jestem człowiekiem spokojnym i generalnie brzydzącym się przemocą, ale w pewnych sytuacjach wyobrażenie złodziejskiego ryja masakrowanego bejsbolem lub chama zmieniającego się w pieczony pasztet po kontakcie z okolicznym drzewem, TIR-em lub pociągiem towarowym mile łechcą moją wyobraźnię. Tłumaczę sobie, chcąc zachować twarz, że być może są to jakieś atawistyczne odruchy, jednaże mały diabełek na ramieniu podpowiada mi, że atawizmy też czemuś służą i pełnią uzasadnioną rolę.

Innymi słowy, czasami nawet tak niespotykanie grzeczny człowiek jak ja ma ochotę komuś rozpierdolić mordę.

Podobnie rzecz się ma z ludźmi, którzy dla rozrywki znęcają się nad zwierzętami, ale to inna rzecz.
  • awatar Anukett: mam to samo i jeszcze jak słyszę polski hip-hop to tylko szukam beysbola żeby komuś łeb rozwalić;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Mastodon to przykład zespołu, który na ogólnometalowskiego pierdolca na ich punkcie zasłużył sobie tylko i wyłącznie świetną muzyką, która, choć bardzo chwytliwa, nigdy nie zeszła poniżej bardzo wysokiego poziomu. Może już im przeszła ochota na połamane napierdalanie, ale progresywny rock też im wychodzi wybornie.

Przykładem tego jest promujący "Crack The Skye" kawałek "Oblivion". Świetne riffy, wspaniałe, klasyczne solo i piękny refren. Klip, jak widać, wysokobudżetowy, ale to już takie czasy, że każdy chce mieć swoją superprodukcję.


Na dokładkę starszy numer - "Sleeping Giant" z poprzedniej płyty. Też genialny i z lepszym teledyskiem.
 

 
Jako niezapijaczony facet bez głębszej depresji przeczytałem sobie wycinek świeżego występu Gretkowskiej. Oczywiście, nie powinienem marnować czasu i uwagi na takie jałowe pierdolenie, ale co poradzę na to, że mnie ta baba wkurwia.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Gretkowska-Polska-to-nie-kobieta-ale-zapijaczony-facet-z-depresja,wid,11686408,wiadomosc.html

Słuchajcie, moi kochani, Gretkowska jebie farmazony. Pracuję w firmie, gdzie 85 % załogi stanowią kobiety. W kadrze kierowniczej stanowią 100%. W branży, w której zasuwam, proporcja w innych firmach jest taka sama. Tak było i dwa lata temu, kiedy tam trafiłem i tak jest teraz; najpewniej będzie tak samo za następne parę lat. W innych branżach, nazwijmy to, merytorycznych, z którymi współpracuję, nie jest inaczej. Jedyne branże, które nie są obecnie poddane równouprawnieniu, to branże pracy fizycznej. Niestety, jakoś nikt nie jebie po Matce Naturze za to, że facet może przetachać więcej cegieł. Jeśli myślicie, że w domach jest inaczej i samcza brutalność bierze górę nad samiczą słabością, to zajrzyjcie sobie do dowolnego domu tworzonego przez ludzi z wykształceniem wyższym w wieku 25 - 35 lat. Jeśli w domach pokoleń wczesniejszych jest inaczej i macie o to żal, to równie dobrze możecie mieć żal o to, że woda jest mokra.

Polska jest w równym stopniu zapijaczonym facetem z depresją jak i rozhisteryzowaną babą, która marzy o tym, żeby jej wyrosły jaja i w tym celu wciąga kreski, aby wytrzymać narzucone sobie tempo zapierdalania ku chwale życiowego sukcesu, wypowiadając co chwila "kurwa", "chuj" i "nie pierdol".

Gretkowska, jak każda osoba dotknięta kalectwem doktrynerstwa, widzi to, co chce widzieć i z pełnym namaszczeniem sprzedaje swoją wizję świata jako jedynie obowiązującą; tonem radykalnym i nie znoszącym sprzeciwu. Tonem rozhisteryzowanej baby, która marzy o tym, żeby wyrosły jej jaja; jako było powiedziane i która ma żal do matki natury o to, że te jaja jej nie wyrosły.

Ponieważ, jako facet, który w domu gotuje, zmywa naczynia, robi zakupy i sprząta tak samo jak żeńska połowa tego domu, nie chcę się już pienić ale wciąż pozostaje zapijaczonym knurem z włosiem na ryju, powiem krótko:

Pierdol się, Mańcio.

BTW: czy bycie facetem chorym na "depresję" jest czymś równie wstydliwym jak bycie facetem chorym na alkoholizm?
 

 
O zajebistości powszechnie niedocenionego "Wavering Radiant" pisałemm już jakiś czas temu. Dziś mnie naszło na kolejne słuchanie tego świetnego albumu. Poniższy klip do "20 minutes/40 years" nie robi takiego potężnego wrażenia jak np. "Holy Tears", ale też trzyma poziom.
 

 
Przed chwilą odebrałem telefon. Dzwoniła jakaś miła pani, która przekonywała mnie, że fundusz emerytalny dla którego pracuje stoi wyżej niż ten, w którym znajduję się ja. Że powinienem, myśląc o swojej przyszłości, dla własnego dobrze pojętego dobra, rozważyć transfer.

W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to całkiem zajebiście. Ktoś się tak o mnie martwi, że aż zadaje sobie trud, aby zdobyć mój służbowy numer. Ktoś zadaje sobie trud, aby dowiedzieć się, z jakim funduszem emerytalnym powiązałem swoją przyszłość. Świat zazwyczaj nie oferuje nam nic ponad wielką olewkę i kupę kamieni pod górę, a tu nagle taki przypływ troski. Niestety, czar szybko przysł w momencie, gdy miła pani zapytała o moje nazwisko.

Łapiecie? Jakaś finansowa instytucja zna mój służbowy numer telefonu, wie, w jakim funduszu mam konto, ale nie wie, jak się nazywam. Banki znają też moją zdolność kredytową, mają wgląd w moje zarobki, mają dostęp do wszelkich informacji o wszystkich większych transakcjach, jakie robiłem, odkąd zarabiam na swoje utrzymanie.

Mimo tego ogromu informacji, wyznaczających w dość wymierny sposób moją wartość, nadal jestem jakimś tam numerkiem, o który troska nie ma wymiaru zwykłej, ludzkiej życzliwości, ale jest odbiciem tej właśnie wartości. To jest bardzo banalna konstatacja, ale rzadko kiedy odczuwa się ją tak dogłębnie jak w tych chwilach, gdy okazuje się, że ważne jest wszystko poza waszym imieniem i nazwiskiem, czyli poza wami samymi.

Chciałoby się, wbrew buntowniczym sloganom jednego z bohaterów "Podziemnego kręgu" zakrzyknąć: Tak, jestem zawartością swojego portfela. Jestem moją produktywnością. Jestem moim potencjałem ekonomicznym - moim wykształceniem, doświadczeniem i spodziewanym czasem aktywności zawodowej. Jestem moją zdolnością kredytową. Jestem zestawem pozytywnych i negatywnych punktów scoringu. Tylko mnie samego już nie ma w tym wszystkim.

Ech, kurwa...
 

 
Niedawno swój powrotny album wydał niesławny Immortal, czyli pierwszy black metalowy zespół, który tę mroczną konwencję mimowolnie przekształcił w kabaret.

(dla przypomnienia, choć ten klip widział już każdy, nawet wasi dziadkowie):

Nie wiem, dlaczego o tym wspominam; pewnie dlatego, że właśnie leci u mnie Darkthrone. Darkthrone jakiś czas temu stwierdzili, że dęta czarna sztuka w jebiącej frostem formie generalnie ich nie kręci, po czym wypuścili w świat parę płyt z garażowym napierdalaniem, w którym black metal jest równie ważnym składnikiem jak crust czy motorheadowy rock n'roll. Darkthrone pokazali też, że nawet chujowy klip może być zajebisty; nie zaś bezdennie żalowy, jak teledyski mistrzów z Immortal.

Klip do "Too Old Too Cold" zdecydowanie nie jest świeżynką i też pewnie widzieli go wszyscy, ale co tam.
 

 
O kutrach i pokusie otwartego morza fajnie, choć z trochę zbędnym patosem (usprawiedliwionym wprawdzie wagą tematu, ale dokuczliwym) pisał Łysiak w "MW".

Na szczęście podobne tęsknoty są mi (jako nudnej, racjonalnej zodiakalnej Pannie nie potrafiącej pływać) obce i oglądanie takich klimatycznych obrazków o zachodzie słońca zupełnie zaspokaja moje chłopięco-męskie fantazje podoboju Niezanego.
 

 
Do Sunn O))) mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony doceniam koncept i ideę, jaka stoi u podstaw tej muzyki, z drugiej - znakomita większość ich nagrań jest po prostu dla mnie niestrawna. Wiecie, idea ideą, koncept konceptem, ale słuchanie kilkunasto - kilkudziesięciominutowych wierceń w dupie wytwarzanych przy pomocy zbasowanego warkotu to jednak spore wyzwanie, do którego trzeba trochę samozaparcia, o ile dla kogoś wiercenie w dupie nie jest dyskwalifikujące już z samej definicji.

Z Sunn o))) mam trochę tak, jak z powieściami Jacka Dukaja. Te swoim rozmachem, rozpiętością tematów, stopniem złożoności fabuły, mnogością arcyciekawych refleksji i miażdzącą erudycją oszałamiają, ale nie oszukujmy się, czytanie takich "Czarnych oceanów" czy "Perfekcyjnej niedoskonałości" to w istocie przytłaczająca nadmiarem wszystkiego mordęga, którą człowiek rekompensuje sobie pod koniec poczuciem satysfakcji z przebrnięcia przez całość i sprostania wyzwaniu, które rzucił autor. Z "Lodem" jest już o wiele lepiej, choć jeśli ktoś Dukaja za to intelektualne ADHD nie lubił, to "Lód" pewnie tego też nie zmienił.

Ale do reczy. Tak jak Dukaj napisał powieść, którą pomimo ponad tysiąca stron da się czytać z satysfakcją i bez jednoczesnego robienia gęstych notatek w celu tak zwanego "niepogubienia się", tak Sunn o))) nagrało płytę, której da się słuchać z przyjemnością. W sposób, który pozwala docenić rozmach i ideę, ale który nie powoduje, że po pięciu minutach ma się zwyczajnie dość i że bolą przy okazji zęby.

Można utyskiwać, że "Monoliths & Dimensions" to Andersona i O'Malleya wyjście w stronę dronowego lajtu. Jest to i nie jest prawdą. Prawdą jest o tyle, że obecne na płycie jazzowe improwizacje, parie orkiestry i chóru pozwalają tochę odetchnąć od męczącej masywności monotonnego pierdzenia na gitarach, a i w samo pierdzenie wkradło się trochę czystszego powietrza, chyba za sprawą Dylana Carlsona z Earth.

Prawdą z kolei nie jest, gdyż do tak pojebanej muzyki można mieć generalnie stosunek zerojedynkowy (trochę to przeczy, ale tylko pozornie temu, co napisałem w pierwszym zdaniu) - albo się drone lubi/toleruje, albo się spierdala czym prędzej od głośnikóww poszukiwaniu czegoś, co nie warczy, ze słusznym poniekąd założeniem, że do wygenerowania dźwięków grrrrrrrrwrrrrrrrbrrrrr wystarczy samochód ciężarowy, a nie metalowa kapela. Innymi słowy, można bawić się w niuanse i osądy w obrębie tej stylistyki, ale nie zmienia to faktu, że jest to stylistyka tak dalece hermetyczna, że bez tej odrobiny sympatii dla niej nawet te "lajtujące" zabiegi zdadzą się na nic.

Można, jak mówiłem, na tą "lajtowość" utyskiwać, ale jak dla mnie to tylko plus, bo słuchając Sunn o))) wreszcie się nie męczę i nie walczę ze sobą, żeby wcisnąć "stop". Meble dalej podskakują na falującym parkiecie, ale łeb nie napierdala. To podobna różnica jak między dobrą a kiepską wódką, jeśli to jako tako trafione porównanie.

Ponieważ pieprzę już dość długo i pewnie bez sensu, o czym się przekonam za tydzień, przeczytawszy sobie tego posta, zamilczę już i dam przemówić muzyce.

Dedykowany Alice Coltrane "Alice", z gościnnym udziałem Juliana Priestera i aranżacjami gitar Dylana Carlsona, jest, jak na moje półgłuche ucho, utworem kompletnym. Z piękną dramaturgią, niezwykłym klimatem i brzmieniem idealnym. Ma w sobie coś z "Tako rzecze Zaratustra" Straussa w pierwszych kadrach "Odysei Kosmicznej 2001", a później rozwija się w ... no właśnie, co? Mój infantylno - metalowski charakter z lekką nutą dresiarza każe mi powiedzieć, że po prostu w coś mega - wypasionego i zajebiozkę, o ile nowocześni dresiarze używają jeszcze słowa "wypas" i "zajebioza", w co wątpię, bo świat się szybko zmienia.


Niestety, odlotu na trąbce Priestera nie usłyszycie w tym fragmencie, jako że jutub mieści tylko 10 - minutowe filmiki, a Priester wchodzi w ostatnich siedmiu minutach, które akurat ścięło. Ale jak znajdę, to wkleję, albo sami sobie poszukacie, nie?
 

 
W Łebie co wieczór chadzaliśmy sobie do pobliskiego portu. Port jest raczej mały i wymaga ciągłego odpiaszczania. Tym też, jak podejrzewamy, zajmował się statek, na którym zamontowano tę uroczą aparaturę.

Siadaliśmy sobie na ławce i patrzyliśmy sobie na te pięke zwoje rur i zespoły pomp, zasłuchani w ciągły huk. Trzymaliśmy się za ręce i było sielsko.

Być może ktoś uzna to wyznanie za przejaw ekshibicjonizmu pomieszanego z sentymentalnym chujwiadomoczym, ale co na to poradzę, żem człek prosty i objawiające się tu i ówdzie, czasami w dość nieprzeidzianych okolicznościach, znaki przyprawiają mnie o szczere wzruszenie?
 

 
Jest poniedziałek rano (pierwsze "kurwa". Zasiadłem za swoim biurkiem, na którym piętrzą się tony papierów (drugie), wyjrzałem za okno, na deszczową panoramę stolycy (trzecie), po czym, ponieważ mam naturę ponuraka i pesymisty (czwarte i piate), przypomniałem sobie poniższe zdjęcie. Kiedy je robiliśmy, ów dżentelmen oraz najprawdopodobniej jego pies wzbudzili nasze ubawienie. Teraz wzbudzają jedynie moją najczarniejszą, najbardziej kłuącą zazdrość (szóste i siódme). To, że zdjęcie przedstawia rzeczy przeszłe (ósme) niczego nie umniejsza (dziewiate i dziesiąte).
 

 
We wrześniu, w ramach resetowania i tymczasowego oddalania od kultury zapierdalania ku czci kariery zawodowej i życiowego sukcesu, postanowiliśmy wyjechać na parę dni nad wspaniałe polskie morze. Jeśli w tym pomyśle było coś naprawdę znakomitego, to koncepcja wyjazdu poza sezonem. Łeba, do której postanowiliśmy się wbić na dłuższy weekend, pozbawiona stad turystów wpierdalających ryby z goframi i kebabem oraz kupujących plastikowe ciupagi, jest miejscem uroczym, pełnym tajemniczych zakątków i zaułków. Z kwater nad morze blisko, noclegi tanie, żarcie dobre i niedrogie, a odległości do pokonania w celu ujrzenia jakichś atrakcji stosunkowo niewielkie. Wszystko, czego biurowe leniwce wyrwane na chwilę z kieratu potrzebują do odczucia swojego płytkiego, filisterskiego szczęścia.

Tyle tytułem ogólnego wstępu, szczegóły później, choć uprzedzam, że seks taśmy nie będzie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Prawdopodobnie będę musiał opracować sobie stałą notkę, wklejaną na początek każdego posta, publiowanego po tak długich przerwach. Tak się, moi drodzy, osatnio wszystko poskładało, że dzieje się bardzo dużo; tak dużo, że trochę tego nie ogarniam.

Ma to swoje dobre i złe strony - do dobrych naeży to, że życie nie jest nudne. Może nie lepsze, nie mniej frustrujące niż zazwyczaj, ale przynajmniej coś się dzieje. Złą stroną jest to, że natłok wydarzeń - zwłaszcza w wypadku tak wolno trawiącego wszystkie bodźce człowieka jak ja - powoduje, że trudno skupić się na czymś w stopniu umożliwiającym przetworzenie tego w cokolwiek sensownego. Nadmiar wydarzeń może i jest stymulujący, ale czasami ogłupia.

Samych wydarzeń było sporo i postaram się w najbliższym czasie o nich opowiedzieć. W końcu, w ciągu ostatnich 40 dni przemierzyliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, od Bałtyku po Beskidy. Ja toczyłem biurowe wojny. Awanturowałem się z PKP (to akurat miało miejsce wczoraj i dziś rano). Poznaliśmy trochę rynek deweloperski, wraz z jego blaskami (nielicznymi) i cieniami (jak wymaga tego konwencja bloga składającego się głównie z narzekań, tych cieni jest trochę więcej).

Żeby trochę odbiec od tematu, do którego i tak przyjdzie nieuchronie powrócić, jeśli ten blog ma nie zdechnąć przez moje lenistwo i brak czasu -ponieważ jest już koniec października, a od listopada w hipermarketach zaczną nam przygrywać kolędy i gówno pod tytułem "Last Christmas" Wham! (szczęśliwym zbiegiem okoliczności Wszystkich Świętych jest zaraz na początku listopada), chciałbym wam zaprezentować coś nawiązującego do tematyki świątecznej.

Los Pierdols to wrocławska formacja, parająca się, można powiedzieć, metalowo - psychodelicznym performancem. Dużo czadu, trochę kabaretu, mnóstwo żenującej prowokacji i brzydkiego słownictwa. Ich ostatni klip, "X-mas" został nominowany do tegorocznych nagród Yacha. Nie wiem czy zasłużenie, ale w najbliższe święta będzie u mnie leciał często:
  • awatar Lois and Peter: Niestety, nie zmieniłem;) I na razie prawdopodobnie nie zmienię, z przyczyn różnych. Brak szerszych wpisów na ten temat wynika pewnie z tego, że już mnie jakaś znieczulica ogarneła;) Choć podejrzewam, że niebawem będę miał o czym pisać. Jeszcze tylko nie wiem, czy w pozytywnym tonie, czy wylewając wiadra jadu;)
  • awatar Gość: no wreszcie się zaczyna coś dziać....mnie najbardziej interesuje sekcja życie biurowe - chyba zmieniłeś robotę, bo ostatnio żadnych ciekawych opowieści nie ma.... ogólnie - oby tak dalej, blog baaaardzo ciekawy!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
(Będzie dużo żółci i narzekania, ostrzegam.)

Żyjemy wśród szklanych ścian.

Życie wśród szklanych ścian to jedna wielka niemożność. Niemożność, która nie wynika z życiowej nieporadności czy pierdołowatości. Ta niemożność to permanentne "nie składanie się", stały brak sprzyjających okoliczności. Szklane ściany to ciągłe odbijanie się od gładkich, pionowych powierzchni: zależności od innych ludzi, od instytucji, od absurdalnych wymogów i sytuacji.

Masz wyższe wykształcenie, jesteś człowiekiem inteligentnym i elastycznym, który od dawna pracuje nad sobą: znasz swoje predyspozycje i wiesz, jak je wykorzstać, by być w czymś dobrym. Teoretycznie świat stoi przed Tobą otworem. Praktycznie jest to otwór, z którego brzydko pachnie.

Możesz być dobrym pracownikiem; zaagnażowanym i kreatywym, który robi dużo dobrego, ale firma, w której pracujesz, będzie Tobą pomiatać. Nie dostaniesz podwyżki, nie dostaniesz premii, przez dwa lata nie doczekasz się na awans. Nie odejdzesz jednak, bo wtedy, w innej firmie, będąc na kolejnej umowie rocznej (mamy w końcu mityczny kryzys i pracodawcy niechętnie od ręki dają umowy na czas nieokreślony) nie dostaniesz kredytu na mieszkanie. Godzisz się zatem na bycie popychadłem, przynajmniej do momentu, gdy któryś kurewski bank zweryfikuje Cię jako dojne źródło kasy. Kiedy już dostaniesz "kredyt", wpadniesz w spiralę wieloletniego spłacania jebanych lichwiarskich odsetek w ratach, które pochłoną większą część domowych zarobków.

Twój kredyt, twój psi łańcuch finansowej niewoli, przysłuży Ci do zakupu wymarzonego M. Albo takiego które choćby w części zbliży się do wymarzonego. Zaczyna się od ambitnych założeń, a w końcu i tak lądujesz na jakimś zadupiu, skąd do miejsca swego uzależnienia, gdzie zarabiasz na spłatę jebanych odsetek, będziesz dojeżdżać godzinami.

Jednocześnie cały czas będą Cię bombardować obrazkam idealnego życia, w którym jest i miejsce na fitness, zdrowe żarcie i szczyptę pozorowanej rebelii. Te obrazki to Twoje życie, ośmieszone w krzywym zwierciadle o nazwie "tak powinienieś żyć, ale nie żyjesz, bo nie jesteś fajny".

Być może nawet nie chcesz być "fajny", nie chcesz być "zwariowanym dziecięciem zwariowanych czasów", jak swój nowy gówniany produkt reklamuje jebany TVN, główne medium służące zmienianiu ludziom mózgów w karmel. Być może chcesz tylko, żeby te kilka spraw, w których masz swój udział, nie szło źle, ciężko, opornie. Żebyś nie miał wrażenia, że całe dotychczasowe życie rzeźbiłeś w gównie i pływałeś w kisielu (albo na odwrót) i że prawdopodobnie będziesz to robić już do końca życia.
  • awatar w kamuflażu i czapce niewidce: szacun! ja właśnie otwieram drzwi do tego pokoju ze szklanymi ścianami... i się zastanawiam czy są jeszcze jakieś inne pokoje... PS.tak sobie myślę - chyba można się wyrwać, słyszy się od czasu do czasu o przypadkach szczęśliwego życia "poza światem"; czy tak naprawdę chcesz się uwolnić, bo to wielkie wyzwanie, czy masz tyle siły żeby ponieść nie już jarzmo "gówna-karmelu", ale jarzmo własnej decyzji i wolności, może lepiej wybrać jakiś półśrodek, np. siedzieć w "gównie-karmelu" a trzymać je tylko w miarę potrzeby na dystans...
  • awatar RNN: Takie jest właśnie życie. Nic dodać, cóż ująć?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
No i proszę. Nie tak źle z tym Broadrickiem. Już się wydawało, że Justin całkiem odleciał w swoje oniryczno - marzycielskie plumkanie w Jesu, a tu nagle TAKI cios.

Wraz z Greymachine, kolejnym z nieskończonej listy projektów, J.K Broadrick powrócił na chwilę do ekstremalnego metalu pomieszanego z industrialonym łomotem. Nie jest to jednak ta sama bajka co Godflesh - Greymachine sieje rozpierdol jeszcze większy. O ile Godflesh czasami zbliżał się do cięższych rejonów rocka i zdarzało mu się brzmieć przystępnie, to tutaj jest już tylko jazda po granicach ekstremy.

Podstawowy budulec tego tworu to twardy, monotonnie łupiący bas (mogący nieco kolarzyć się z Godflesh), na którym rozwijają się różne dziwne gitarowo - elektroniczne konstrukcje, od słuchania których robi się miękko w kolanach. Do tego dochodzą zapętlone krzyki, jęki, piski, sprzężenia i tony wszelkiego innego syfu. Melodie zredukowane do minimum, jest za to dużo zardzewiałych dronów i wszechobecny klimat ostatecznej zagłady.

Broadrickowi udało się stworzyć muzykę totalną; ekstremalną zarówno w formie jak i treści. Czerpiącą z najciekawszych nowoczesnych rozwiązań, ale wciąż naznaczoną charakterystycznym stylem twórcy.
  • awatar Lois and Peter: Prepraszam, jeśli coś taiego zasugerowałem;) Tak czy srak, wszystkiego "prawdziwego" wokół nas jest coraz mniej, na ogół tylko fikcja, karmel i puste pierdolenie.
  • awatar black herb: Nie napisałam że spostrzegam H-H jako muzyke dla kretynów. Poza tym, jest coraz mniej "prawdziwego hip-hopu" albo ludzie otaczający mnie, są ludźmi którzy słuchają "kiczu".
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Byliśmy w środę z Lois na koncercie God Is An Astronaut w Progresji. Oprócz Irlandczyków zagrała też warszawska wschodząca gwiazda post-rocka/metalu, Tides From Nebula oraz Amerykańce z Caspian.

Gdybym chciał być złośliwy, napisałbym, że dawno nie byłem na koncercie, na którym wszystkie trzy zespoły grają niemal identyczną muzykę, gdzie wszelkie różnice są kwestią niuansów. Wiadomo, o co chodzi w post-rocku. Szczypta transowości, multum przestrzennych, melancholijnych melodii, rezygnacja z wokali, czasami mocniejsze przyłożenie. Do tego obowiązkowo wyrazista ekspresja sceniczna, czyli machanie grzywkami i wywijanie gitarami w geście przeżywania własnej twórczości.

Tak się jednak składa, że nie będę złośliwy, bo po pierwsze, zajebiście lubię post-rocka, nawet jeśli ten stosunkowo młody gatunek zaczął już troszkę zjadać własny ogon, a po drugie, sam koncert był rewelacyjny i wszyscy uczestnicy spisali się na medal. Jeśli ktoś uważa inaczej i twierdzi przy okazji, że post-rock to pitolenie dla studentów, to niech spierdala na drzewo.

Tides From Nebula w stosunkowo długim, jak na peirwszy support secie, zagrali kawałki z debiutanckiej "Aury". Można narzekać, że są kapelą doskonale wtórną, że nie dodają nic od siebie, ale po co, skoro to powtarzanie patentów po starszych post-rockowych i post-metalowych kolegach wychodzi im energetycznie, przebojowo i jakoś tak zajebiście. Szkoda problemów technicznych, przez które musieli przerwać wcześniej.

Tu macie kawałek z koncertu:
A tu coś w lepszej jakości:

Caspain nie słyszałem wcześniej, ale, biorąc pod uwagę powtarzalność post-rockowych schematów, nie byłem zaskoczony w ogóle. Amerykanie grają trochę mniej przebojowo niż nasze TFN, mają mniej zapamiętywalnych motywów, ale ich kompozycje i tak potrafią solidnie łupnąć.

Gwiazdami wieczoru było irlandzkie trio God Is An Astronaut. Z płyt brzmią świetnie, ale koncertowo zabijają. Polecieli największymi hitami, wszystko równo i bardzo precyzyjnie. W warunkach koncertowych ich atmosferyczne plumkanie nabrało dodatkowo dość konkretnej siły, któą wzmagały różne psychodeliczno - przygnębiające wizualizacje.


Co jeszcze? Poza problemami technicznymi TFN dźwiękowcom udało się wykręcić w Progresji naprawdę dobre brzmienie, w którym było i dużo ciężaru, ale nie gubiła się selektywność. Nie było też za głośno (jak na ostatnim KO Festival w Krakowie), w związku z czym dziś jakoś słyszę to, co ludzie do mnie mówią;]
 

 
No i proszę. Dziś mija rok, odkąd założyliśmy tego bloga. Ostatnio tempo mocno spadło, ale cały czas mam nadzieję, że jest to stan przejściowy i niebawem, kiedy firma wejdzie w trochę luźniejszy okres, będę miał trochę więcej czasu.

Z innych rocznic, skoro już o rocznicach mowa, to tak się składa, że przedwczoraj stuknęło mi 26 lat. Jedyne, czego sobie życzę z tej okazji, to żeby "dwudziestkasiódemka" była nieco mniej stresująca.

Korzystając z tej okazji na przylansowanie swoim wiekiem, wznoszę toast herbatą w sprezentowanym mi przez moją lepszą, mądrzejszą i ładniejszą połowę kubkiem \m/Motorhead\m/.